dizajn jako proces (znów)

Droga M.,
Podczytuję [Lenka/Satalecką] (polecam! przyniosę!), a tam tak:

ES: Skoro projektowanie jest procesem, na pewno w Twoim przypadku uporządkowanym, jak mógłbyś go opisać czy narysować do tego procesu instrukcję?
KL: Na to pytanie są dwie odpowiedzi: jedna ogólna, druga praktyczna. Pierwsza, idąca za metodologią dizajnu, mówi, że każdy proces projektowania jest ciągiem zdefiniowanych czynności, których waga zależy od specyfiki rozwiązywanego problemu. Druga, praktyczna, mówi, że każde zadanie jest trochę inne. Istnieją pewne podobieństwa, można je pogrupować, ale w rzeczywistości każdy projekt wymaga indywidualnego podejścia.

Od dłuższego czasu męczy mnie myśl, że projektowanie rozumiane jako logiczny proces podążania drogą formy wynikającej z funkcji, która to z kolei z potrzeb, a potrzeby z okoliczności jest pewną fikcją.
Pomyślałam, że wszyscyśmy — w tej branży wytwórstwa — sieroty po Bauhausie. Chcielibyśmy, by zwieńczeniem (a nawet niech będzie — tylko dążeniem) było oto-dzieło: funkcjonalne, przydatne, estetyczne, “oczywiste i promienne”, idealnie zoptymalizowane wykonawczo. 
Wówczas to, co nazywamy dobrym dizajnem jest z samej definicji możliwie blisko tego jedynego słusznego rozwiązania, “bez fasad i sztuczek”, jak by to Gropius błogosławiąc czule mógł podsumować.

Stawiam jednak tezę, że wyrazem bezradności takiego pojmowania dizajnu przez ostatnie 20 lat był wysyp podejść zorientowanych na rozwiązania, a nie problem (a.k.a. solution based design thinking vs. problem based design), z design thinking na czele.

I już miałam zatrzymać się w tej brawurowej refleksji, gdy przypomniałam sobie tezę naszego ulubionego Kenya H., że zarządzanie pragnieniami określa się mianem demokracji, a ich rywalizację — wolnym rynkiem. I że tu błyskotliwa obserwacja: pragnienia są utkane z innej tkanki niż potrzeby; dość skutecznie opierają się logice oraz last but not least: ciągną je motywacje, a nie jakieś tam praktyczne, utylitarne, zastosowania.

Zmierzając więc do puenty: jeśli dizajn ma wzbudzać pragnienie i apetyt, a nie po prostu zaspokajać potrzebę, rozsądniej jest korzystać z metodologii i procesów, generujących wielość możliwych rozwiązań. A poza tym, czas już chyba porzucić nadzieję, że spełniamy, czy nawet tworzymy, czyjekolwiek potrzeby — tu jest kapitalizm, tu się co najwyżej w niecny sposób podsuwa pragnienia by stymulować konsumpcję.

No to sobie przyteoretyzowałam. Ściskam!